Ostatnio w obydwu moich krajach aż się roi od rozmaitych protestów, strajków i demonstracji, a ja zastanawiam się nad rozbieżnością polskiego i węgierskiego temperamentu pod względem protestów, oraz nad ich rolą w kontekście ogólnospołecznym.
Mianowicie: w Polsce, jeśli chodzi o domaganie się większych zarobków, nie ma żadnych skrupułów. Pielęgniarki, lekarze, nauczyciele, górnicy, celnicy, kolejarze - strajki i demonstracje aż się mnożą. Lekarze wypowiadają umowy, pielęgniarki zostawiają chorych bez opieki, celnicy blokują granice (totalnie kompromitując tym samym Polskę w UE i na Wschodzie), nawet tygodniami i miesiącami, bez jakichkolwiek zahamowań. Pielęgniarki rozbijają obóz na Alejach Ujazdowskich, a górnicy rozbijają centrum Warszawy. Szkoły są zamykane, szpitale ewakuowane (nie raz ewidentnie zagrażając tym życiu i zdrowiu pacjentów) - i wszystko to w imię świętej kasy.
Na Węgrzech jest tego znacznie mniej, a i motywacje jakby były trochę inne. Parę lat temu bym napisał nawet, że na Węgrzech w ogóle nie ma takich masowych demonstracji, niestety to już historia. Ale nawet teraz mogę napisać, że odbywają się one w innych celach - raczej bardziej ogólnych i politycznych. Chodzi albo o sprzeciw wobec kłamstw premiera, albo wobec reformy zdrowotnej, wobec likwidacji linii kolejowych itp., ale raczej nie bezpośrednio o podwyżki. I nie ma mowy o strajku np. w szpitalach, albo w służbach mundurowych, chociaż nie można powiedzieć, że ci ludzie zarabialiby lepiej niż ich polscy koledzy. I nawet te demonstracje są prowadzone jakby rozsądniej - chodzi mi np. o odwołanie ostatnio dwóch demonstracji związkowych w sprawie reformy zdrowotnej. Uznano, że Parlament i tak przegłosuje ustawę - to po co paraliżować kraj, jak i tak nic nie zmienimy? A większość i tych strajków do których doszło, trwało góra kilka dni.
W Polsce natomiast widocznie nikt nie myśli takim tokiem. Jestem pewien, że liderzy związkowi w głębi umysłów dobrze wiedzą, że państwu nie stać na podwojenie zarobków praktycznie całaj sfery publicznej, a jednak nie ustępują. Krótkowidztwo na kwadracie. Mogliby zresztą uświadomić sobie skutki ich ewentualnego sukcesu: na Węgrzech przecież rząd w latach 2002-2004 sam i ochoczo, bez żadnych presji, znacznie podniósł zarobki w sferze publicznej (50% podwyżek dla nauczycieli, służby zdrowia itd. za Medgyessy'ego). Efekty są widoczne dzisiaj: zaciskanie pasa, zwolnienia, likwidacja szpitali, podnoszenie podatków, spowolnienie wzrostu gospodarczego. Chcą tego samego w Polsce? Liderom związkowym byłoby to może nawet na rękę - mieliby znów jakiś powód do organizowania następnych protestów, i dalszego udowadniania własnej niezbędności.
Myślę, że różnica podejścia tkwi w dużej mierze w związkach zawodowych. Węgierskie związki w większości wywodzą się z uległych wobec reżimu związków zawodowych czasów socjalizmu. Niektóre powiązania ich liderów nadal są żywe, zasiadają nawet w Parlamencie z list partyjnych, a związki oficjalnie popierają partie. Dlatego też nie bardzo się prą do protestów wobec "ich" rządów. Zresztą to się właśnie zmienia, i właśnie ostatnio rosną w siłę związki powstałe już po transformacji ustrojowej, a te "stare", dominujące do końca lat '90-tych, wyraźnie słabną. Ale jednak poczynania ich wszystkich cechuje pewna ostrożność w stosunku do władz. Z punktu widzenia ich członków na pewno nie jest to korzystne, przecież w gruncie rzeczy to żadne z nich związki zawodowe. Ale z punktu widzenia całego społeczeństwa sądzę, że to raczej szczęśliwy zbieg okoliczności. Inną sprawą jest, że ostatnie rządy spartaczyły sytuację i bez ich czynnego udziału.
Polskie związki zaś w większości (może za wyjątkiem ZNP) mają swe korzenie raczej w walczących z reżimem środowiskach Solidarności. Odkąd nie mają już bezpośrednych powiązań partyjnych, nic ich już nie wstrzymuje od walenia w aktualny rząd czym się da, i wymagania takich 1500 Złotowych podwyżek. Jeśli im się uda, to mogą na krótką metę dobrze służyć reprezentowanym przez nich ludziom. Ale długoterminowe ogólnospołeczne skutki takiego postępowania są raczej ujemne, szczególnie jeśli władza im ulega.
Oczywiście ja sam również raczej cieszyłbym się, jakny np. u nas w ministerstwie związek zawodowy był bardziej aktywny. Ba, nawet jeśli cokolwiek by zrobił, np. w obronie ludzi wyrzuconych z pracy w trakcie ostatniej "reorganizacji" (czyli cięć) administracji państwowej. Nawet bym się zastanowił nad wstąpieniem. Ale tak nie ma mowy. Bo niestety nasz związek jest reliktem przeszłości: ich główna działalność polega na wydawaniu gazetki, utrzymywaniu biblioteki, organizowaniu klubów, wycieczek i wczasów, zapewnianiu emerytom bonów do stołówki, oraz obdarowywaniu członkiń kwiatami w Międzynarodowy Dzień Kobiet i członków z dziećmi słodyczami na święta. Jeśli trzeba by obronić kogoś przed wyrzuceniem z pracy, to siedzą cicho, i zapewniają w gazetce że oni "zrobili wszystko co w ich mocy", ale niestety nie udało się. (Inaczej szef związku ewentualnie mógłby nie wygrać konkursu na wymarzoną placówkę, a tego nie wolno zaryzykować.) A członkowie za te wszystkie dobrodziejstwa przekazują związkowi 1% ich zarobków miesięcznie. Świetny interes...
Zresztą podobno większość związków w centralnej administracji państwowej działa na takich samych zasadach, chyba także w Polsce.
Jestem świadom, że prężny związek zawodowy działając na moją korzyść, w obecnej sytuacji działałby na dłuższą metę jednak na niekorzyść społeczeństwa - w tym i na moją... Oto klasyczne rozdwojenie umysłu człowieka myślącego globalnie... :)))
Protest!!!
2008.02.03. 14:17 | külképviselet | 3 komment
A bejegyzés trackback címe:
https://mission.blog.hu/api/trackback/id/tr67317171
Kommentek:
A hozzászólások a vonatkozó jogszabályok értelmében felhasználói tartalomnak minősülnek, értük a szolgáltatás technikai üzemeltetője semmilyen felelősséget nem vállal, azokat nem ellenőrzi. Kifogás esetén forduljon a blog szerkesztőjéhez. Részletek a Felhasználási feltételekben és az adatvédelmi tájékoztatóban.
Jez Wegierski · http://jezwegierski.blox.pl 2008.02.11. 02:45:35
Ciekawie to widzisz. Kiedys pisalem na ten sam temat (jezwegierski.blox.pl/2007/07/lekarze-wegierscy.html) z zupelnie innej perspektywy.
külképviselet · http://mission.blog.hu/ 2008.02.12. 09:47:36
Czytałem twój post. Tobie chodziło chyba raczej o specjalną sytuację lekarzy - istotnie, ich dochody nieoficjalne na pewno się przyczyniają do tego, że raczej nie bardzo protestują. Ale ciakawe jest to, że nie robią tego nadal, chociaż właśnie zmieniono system dlatego, by ich tych nioficjalnych dochodów pozbawić (jednocześnie pozbawiając wielu z nich również miejsca pracy).
jez wegierski · http://jezwegierski.blox.pl 2008.02.13. 13:35:31
bo zmiany, przynajmniej dotad, sa pozorne w sensie, ze nie dotykaja systemu halapenz. jak tu sie cos zacznie zmieniac to zobaczymy protesty

Utolsó kommentek